czwartek, 6 września 2012

CDN Prawnej Masakry w Pl


Opolskie. Sąd: 2-letnia Crystal ma wrócić na Cypr


PAP
 
21.08.2012 , aktualizacja: 21.08.2012 16:50

A A A Drukuj
Opolski sąd orzekł we wtorek, że 2-letnia Crystal - córka Polki i Cypryjczyka - ma wrócić na Cypr, gdzie się urodziła. Jak przekazała pełnomocnik matki dziecka, według sądu zostały spełnione przesłanki konwencji haskiej, które uzasadniają powrót dziecka na Cypr.
Wtorkowa decyzja jest prawomocna. Sąd drugiej instancji oddalił apelację matki dziewczynki, Marty Swinarskiej (zgadza się na podawanie danych) oraz opolskiej prokuratury, którzy zabiegali o to, by Crystal została w Polsce. Apelacje zostały złożone po tym, jak w styczniu sąd pierwszej instancji uznał, że dziewczynka ma wrócić na Cypr.

Jakie było uzasadnienie wtorkowego orzeczenia opolskiego sądu okręgowego, nie wiadomo, bo sprawa toczyła się z wyłączeniem jawności.

Pod koniec września ub. roku, mieszkająca na Cyprze opolanka, Marta Swinarska, po awanturze domowej wróciła do Polski z młodszą córką, Crystal. Starszej nie zabrała, bo - jak tłumaczyła - jej partner schował paszport dziecka. Kobieta od tamtej pory nie ma kontaktu ze starszą córką.

Kobieta twierdzi, że uciekła od partnera, bo ten się nad nią znęcał i zażywał narkotyki. Na poprzedniej rozprawie w sierpniu, w opolskim sądzie Cypryjczyk miał jednak dokumenty, które poświadczały, że nie bierze narkotyków. Jak wynika z relacji kobiety, opolski sąd rejonowy oddalił wnioski dowodowe dotyczące rzekomego pobicia.

Po wyroku pierwszej instancji swój udział w sprawie zgłosił Rzecznik Praw Dziecka, który zwrócił uwagę, że wśród rozpatrywanych przez sąd argumentów zabrakło opinii biegłych. Sąd drugiej instancji ten wniosek uwzględnił. Dlatego w lipcu rodzice 2-letniej Crystal i 3,5-letniej Castalii oraz sama 2-latka zostali przebadani przez biegłych psychologów w Rodzinnym Ośrodku Diagnostyczno-Konsultacyjnym w Opolu. "Opinie biegłych były pomyślne zarówno dla ojca, jak i matki dzieci" - powiedziała Ewa Kosowska-Korniak z biura prasowego opolskiego sądu okręgowego.

We wtorek po wyjściu z sali rozpraw Marta Swinarska nie kryła rozczarowania orzeczeniem. "Wierzyłam, że będzie inaczej. Teraz będę musiała wyjechać na Cypr z córką, nie zostawię jej samej. Boję się, że mój były partner może znów zrobić krzywdę mi lub dziecku" - powiedziała zapłakana.

Kobieta twierdzi też, że jej były partner nadal jej grozi. Składała w tej sprawie w prokuraturze zawiadomienia. Rzecznik opolskiej prokuratury Lidia Sieradzka potwierdziła, że w listopadzie wpłynęło zawiadomienie dotyczące pobicia, do którego miało dojść pod koniec września na Cyprze. "Prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania wobec braku dostatecznych dowodów" - powiedziała PAP Sieradzka.

W marcu tego roku wpłynęło natomiast zawiadomienie dotyczące gróźb karalnych. Prokuratura znów odmówiła wszczęcia postępowania. "Złożyłam zażalenie na te decyzje prokuratury, sąd zajmie się tym w październiku" - powiedziała PAP Marta Swinarska.

Kosowska-Korniak dodała, że Swinarska złożyła też do cypryjskiego sądu trzy wnioski - o wszczęcie postępowania alimentacyjnego, o uchylenie wydanego przez cypryjski sąd europejskiego nakazu aresztowania (ENA) nałożonego po tym, jak wyjechała z młodszą z córek z Cypru, oraz wniosek o przyznanie pełnej opieki nad dziećmi.

Za miesiąc przed cypryjskim sądem ma się odbyć rozprawa dotycząca powierzenia opieki nad dziećmi jednemu z rodziców. "Wtedy sąd definitywnie rozstrzygnie, któremu z rodziców opieka ma przypaść. Póki co ani ojciec, ani matka dziewczynek nie mają ograniczonej władzy rodzicielskiej" - dodała adwokat Bogna Grzelak, reprezentująca we wtorek Swinarską.

Wyrok dotyczący powrotu 2-letniej Crystal na Cypr jest prawomocny. Ojciec dziewczynek może domagać się natychmiastowego powrotu dziecka na Cypr.

"Drastyczne ruchy w tej sytuacji nie są jednak wskazane. W związku z tym będziemy oczekiwać po prostu, że pani Marta wraz z córką wyjedzie na Cypr przed wrześniową rozprawą o przyznanie praw do opieki nad dziećmi" - powiedział PAP pełnomocnik byłego partnera Marty Swinarskiej mec. Robert Openhowski. Dodał też, że kobieta nie musi oddawać dziecka swojemu byłemu partnerowi. "Chodziło o to, by dziecko wróciło na Cypr" - wyjaśnił prawnik.

Konwencja Haska dotyczy uprowadzenia dziecka. Jej celem jest przeciwdziałanie negatywnym skutkom wywiezienia dziecka za granicę bez zgody drugiego z rodziców, co jest w rozumieniu Konwencji równoznaczne z uprowadzeniem. Postępowanie wszczęte na podstawie przepisów Konwencji ma doprowadzić do przywrócenia stanu faktycznego i prawnego, jaki istniał przed uprowadzeniem lub zatrzymaniem dziecka, czyli do powrotu dziecka do kraju, w którym mieszkało.





TYGODNIK WAŁBRZYSKI
Sąd w Brukseli nakazał wbrew woli matki oddać dziecko ojcu!

Poruszę niebo i ziemię. Nie chcę, żeby moje dziecko trafiło między obcych - mówi Patrycja Szuman z Wałbrzycha, której sąd pierwszej instancji w Brukseli nakazał wydanie jej córeczki - ojcu dziewczynki, który mieszka na stałe w Belgii.

|Krystyna Smerd

- Moja córeczka jest dla mnie wszystkim. Nigdy nie mieszkała beze mnie. Jest Polką, urodziła się w Polsce, tu mieszka najdłużej w swoim życiu, a jej jedynym językiem, w jakim potrafi się porozumiewać, jest język polski. Jak można chcieć ją wyrwać nagle ode mnie - matki i tak szafować jej losem – mówi załamana matka. - Mój były mąż może wkrótce przyjechać i zażądać wydania naszego dziecka – nie wiem, jak my to przeżyjemy.

Jednocześnie belgijski sąd, skazując matkę 4-letniej dziewczynki na dobrowolne oddanie dziecka ojcu w ciągu 8 dni od dostarczenia rozporządzenia, zastrzegł, że jeśli nie zrobi tego dobrowolnie - zostanie ukarana karą pieniężną 100 euro za każdy dzień spóźnienia, z maksymalną kwotą 200 tysięcy euro kary finansowej!

Wyrok skazujący wydał belgijski sąd, ponieważ matka dziewczynki mieszkała w takcie swojego krótkiego małżeństwa z córeczką w Brukseli.

- Byłego męża poznałam w Polsce. Całą ciążę przechodziłam mieszkając w Polsce. Córeczka urodziła się w Polsce i pierwsze 8 miesięcy życia spędziła w Wałbrzychu. Zresztą później większość czasu, w takcie małżeństwa, spędzałyśmy w Polsce, w domu u moich rodziców - dodaje. - Moja córka jest emocjonalnie związana z moją rodziną i naszym krajem. Innego miejsca, jak jej obecny dom, nie pamięta.

Rozprawa przeciwko pani P o nakazanie powrotu dziecka do Belgii, gdzie mieszka jej ojciec toczyła się, na wniosek jej byłego męża, w brukselskim sądzie 6 marca 2012 r. Wyrok nadszedł w czerwcu.

- Bardzo późno dowiedziałam się o tej rozprawie przeciwko mnie. Nie byłam w stanie pojechać do Brukseli – opowiada matka dziewczynki. - To ogromny koszt. Sąd belgijski dał mi tylko 3 tygodnie i zasypał setkami stron różnych pism – w języku francuskim, a ja nie znam tego języka. Wszystkie te dokumenty musiałam dać do przetłumaczenia, a to trwało. Sąd wiedział, że nie mam możliwości przyjazdu i nie stać mnie na wynajęcie adwokata w tym kraju, o czym informowałam zachowując wymagane terminy. Prosiłam też o przesłuchanie mnie w tej sprawie w Polsce, ale też tego wniosku nie uwzględniono! Sędzia w Belgii nie widział ani mnie, ani mojego dziecka – zaznacza kobieta. - Ku swojemu zaskoczeniu dowiedziałam się, że moja córka ma również obywatelstwo belgijskie, na które powołuje się sąd w sentencji wyroku. Niczego nigdy nie podpisywałam tej sprawie, jako matka o tym powinnam o tym wiedzieć, kiedy zostało jej ono nadane i na to się zgodzić – wyjaśnia. Miejscem urodzenia dziecka są Świebodzice, a to jest jednoznaczne z tym, że ma obywatelstwo polskie i o tym tylko wiedziałam.

- Ten wyrok belgijskiego sądu jest dla mnie szokiem. Nie mogłam uwierzyć, że tak może się stać, że mogą odebrać mi córkę – mówi dalej przerażona kobieta. - To jest tak samo, jak się nagle dowiadujemy o śmierci najbliższej osoby. W to się po prostu długo nie chce wierzyć. Dopiero później, jak się zaczyna dzwonić do sądów i szuka pomocy u prawników, nagle dowiadujemy się, że wszystko jest zgodnie z prawem to człowiekowi zamiera serce! I zaczyna do niego docierać, że tak może być. I nie ma ratunku! Ale ja się nie poddam!

We wrześniu ubiegłego roku, została wszczęta sprawa odwołująca się do Konwencji haskiej o uprowadzenie dziecka wniosek pana Y

- Zaznaczam, że do Polski z dzieckiem wyjechałam za zgodą mojego byłego męża – wyjaśnia matka dziewczynki.

Sąd Rejonowy w Wałbrzychu i nie zgodził się wtedy na wyjazd dziewczynki do Belgii. Wtedy też polski sąd orzekał na podstawie badań w Rodzinnym Ośrodku Diagnostyczno- Konsultacyjnym. Psycholog stwierdził, że wydanie dziecka w trybie natychmiastowym do ojca będzie ze szkodą fizyczną i psychiczną małoletniej. Były mąż pani P. od 2 lat nie łoży na utrzymanie córki, a od roku nie widział się z dzieckiem ani razu.

W Belgii nie przeprowadzono żadnego takiego badania córeczki. Tamtejszy sąd wydając korzystny wyrok dla ojca pominął wyraźnie wskazanie psychologa - z polskiej opinii, że dziecko łączy silna więź emocjonalna z matką.

matka dziewczynki szukała i nadal szuka pomocy, gdzie tylko to możliwe: w sądach, w ministerstwie sprawiedliwości, u Rzecznika Praw Obywatelskich, czy Rzecznika Praw Dziecka (ten drugi jeszcze nie odpisał), u posłów i senatorów. Od prawników głównie słyszy, że takie jest prawo i musi respektować wyrok z Brukseli.

Przed kilkoma dniami złożyła znów odwołanie o ustalenie pobytu dziecka do polskiego sądu. Przy pierwszym spotkała ją odmowa. Powiedziano jej, że polskie sądy nie mają już nic do powiedzenia, jeżeli przychodzi ustalenie jak to z Brukseli, że w grę wchodzi wtedy klauzula wykonalności międzynarodowej.

- To jest straszne, jak polskie państwo wyrzeka się obywatela i nie staje w jego obronie – podkreśla matka. - Tym międzynarodowym wyrokiem łamane są prawa moje i mojego dziecka, o których się pisze w naszej Konstytucji. Jakie inne państwo tak robi, że oddaje swoich obywateli bez walki? I godzi się na wszystko, co postanowi obcy sąd. Mój były mąż jest narodowości tureckiej – mówi pani Partycja. - On żyje w kręgu tej kultury i tradycji. Moja córka może nagle trafić do obcych ludzi i do obcej kultury - to będzie dla niej szokiem.•



>> Wyrok belgijskiego sądu jest dla mnie szokiem. Nie mogłam uwierzyć, że tak może się stać, że mogą odebrać mi córkę – mówi przerażona kobieta.



fot. Ryszard Wyszyński

Matka dziewczynki  szukała i nadal szuka pomocy, gdzie tylko to możliwe

Krystyna Smerd

„Tygodnik Wałbrzyski” Wałbrzych, 6 sierpnia 2012 r.

I co dalej ?


PAP
 
16.07.2011 , aktualizacja: 16.07.2011 08:40
A A A Drukuj
RPD: sądy powinny dokładniej badać sprawy wydawania dzieci za granic
Przed podjęciem decyzji o wydaniu z Polski dziecka przywiezionego do naszego kraju przez jednego z rodziców bez wiedzy drugiego, sądy powinny w większym stopniu brać pod uwagę dobro samego dziecka - uważa Rzecznik Praw Dziecka Marek Michalak.
Pismo w tej sprawie RPD skierował do ministra sprawiedliwości Krzysztofa Kwiatkowskiego. Michalak postuluje w nim zorganizowanie szkoleń dla sędziów rodzinnych, na których poruszona byłaby tematyka dotycząca problemu uprowadzania dzieci za granicę.

Michalak zwrócił uwagę, że coraz częściej zdarzają się sytuacje, w których skonfliktowani małżonkowie posiadający różne obywatelstwa toczą spór w sądzie w związku z uprowadzeniem dziecka za granicę. Dodał, że kiedy sąd decyduje o wydaniu dziecka "dochodzi do dramatycznych sytuacji i jeden z rodziców musi wyjechać z dzieckiem do poprzedniego miejsca pobytu, a w przypadku, gdy sam nie chce wracać do tego miejsca, jest obowiązany wydać dziecko rodzicowi, który wygrał w sądzie spór".

Sprawy o wydanie w takich sytuacjach dziecka za granicę toczą się na podstawie Konwencji Haskiej dotyczącej cywilnych aspektów uprowadzenia dziecka za granicę z 1980 r. RPD wskazał jednak, że polskie sądy niejednokrotnie ograniczają się jedynie do ustalenia, czy wywiezienie dziecka nosi cechy uprowadzenia w świetle konwencji. 

W ocenie RPD sądy rzadko zwracają uwagę na inny zapis tej konwencji mówiący, że sąd nie jest zobowiązany zarządzić wydania dziecka wówczas, gdy "istnieje poważne ryzyko, że powrót dziecka naraziłby je na szkodę fizyczną lub psychiczną albo w jakikolwiek inny sposób postawiłby je w sytuacji nie do zniesienia". "Powodem takiego stanu rzeczy są częste oddalenia przez sądy wniosków dowodowych składanych przez strony postępowania; w szczególności chodzi tu o przeprowadzenie dowodu z opinii biegłych psychologów" - głosi pismo Rzecznika przekazane PAP.

"W mojej ocenie przeprowadzenie dowodów wnioskowanych przez rodzica, który odmawia wydania dziecka, jest niezbędne dla prawidłowego ustalenia całokształtu stanu faktycznego sprawy, a co za tym idzie do właściwego zastosowania przez sądy konwencji i wydania rozstrzygnięcia odpowiadającego najlepiej pojętemu interesowi dziecka" - zaznaczył Michalak.

RPD - jak wynika z jego sprawozdania za zeszły rok - podejmował wielokrotnie sprawy dotyczące uprowadzenia dzieci za granicę, związane z naruszeniem postanowień Konwencji Haskiej. Do tej kategorii należała na przykład sprawa chłopca, wywiezionego przez matkę - bez zgody ojca - z Grecji do Polski. Sąd I instancji wydał orzeczenie, w którym nakazał powrót chłopca do miejsca stałego pobytu, pomijając składane przez matkę wnioski dowodowe, które miały wykazać, że powrót syna stanowiłby zagrożenie dla jego zdrowia psychicznego i fizycznego.

Po złożeniu przez matkę apelacji, w czerwcu zeszłego roku RPD zgłosił udział w postępowaniu i wniósł o wyjaśnienie, czy złożenie przez ojca oświadczenia o uznaniu syna, skutkowało w świetle obowiązujących wówczas przepisów prawa greckiego uzyskaniem przez niego władzy rodzicielskiej. Gdyby bowiem okazało się, że ojciec nie ma władzy rodzicielskiej, rozstrzyganie w trybie Konwencji Haskiej byłoby bezprzedmiotowe. Ostatecznie sąd okręgowy podzielił stanowisko RPD i przekazał sprawę do ponownego rozpoznania. Postępowanie jest w toku.

Rzecznik przystąpił też w maju zeszłego roku do sprawy chłopca, którego matka uzyskała rozwód w Meksyku i wróciła z dzieckiem do Polski. Sąd ustalił miejsce pobytu dziecka przy matce, jednak ojciec zachował prawo do decydowania o ważnych sprawach dotyczących syna. RPD także zgłosił udział w postępowaniu apelacyjnym, wnioskując o uchylenie postanowienia nakazującego powrót chłopca do Meksyku, argumentując, że stan zdrowia chłopca (przewlekłe zapalenie oskrzeli,astma) przemawia za pozostawieniem go w Polsce, gdzie ustąpiły jego dolegliwości. Ta sprawa także jest w toku. 

Gazeta Wyborcza

sobota, 1 września 2012

Co się stało z petycjami ?


Reportaż Filmowy - Dekonstrukcja Polski


http://www.youtube.com/watch?v=9IYPHjTOvKo

jedna z petycji :

Szanowni Państwo 

Niniejszym przesyłam  reportaż ilustrujący sytuację w jakiej na skutek
 uległości Sądu RP wobec systemu prawnego  obcego kraju,  ja i moja
4-letnia córka Eliza  zostałyśmy de facto pozbawione ochrony prawnej,
zagwarantowanej obywatelom Rzeczypospolitej Polskiej przez najwyższy
akt prawny jakim jest Konstytucja RP.
Tytułem dodatku  do reportażu informuję, iż:

1. Dziecko zostało poczęte  w Polsce przed zawarciem mojego
małżeństwa, jest więc pełnoprawnym obywatelem polskim.
2. Wraz z dzieckiem przebywałam z przerwami  w kraju stałego pobytu
męża niespełna rok.
3. Nie wyraziłam zgody na przyznanie dziecku obywatelstwa kraju, w
którym przebywa ojciec dziecka.
4. Zerwanie związku małżeńskiego i odesłanie nas do Polski nastąpiło
wyłącznie z woli męża.
5. Niechęć do dziecka płci żeńskiej charakteryzował wcześniejszy
stosunek ojca i jego rodziny  do naszej córki, wyrażający się między
innymi w fakcie,  iż od momentu odesłania nas do Polski - to jest od
ponad dwóch lat - ojciec przestał łożyć na utrzymanie dziecka oraz
zerwał wszelkie kontakty.

W świetle przedstawionych faktów Sąd, do którego zwróciłam się z
wnioskiem o rozstrzygnięcie sprawy,  odmówił  zajęcia  stanowiska w
kwestii określenia rzeczywistego miejsca zamieszkania dziecka, a tym
samym  przyjął  kuriozalną  decyzję Sądu Belgijskiego (bez prawa do
odwołania) nakazującą mi bezwzględne wydanie dziecka ojcu.

W moim przekonaniu odmowa przyjęcia wniosku o ustalenie miejsca
stałego pobytu dziecka przez Sąd RP,  jawnie gwałci nie tylko
wymienioną wyżej Konstytucję  ale również  artykuły 6 i 3 Konwencji o
Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności.

W związku z powyższym, jako osoba pozbawiona pomocy prawnej ze strony
państwa polskiego, zwracam się do Państwa
udzielenie mi możliwych do wykorzystania wskazówek.
Jednocześnie z uwagi na fakt, iż tego rodzaju sprawy  dotyczą nie
tylko mnie  ale setek
( jeśli nie tysięcy)  matek i dzieci w Polsce -  wyrażam zgodę na
ewentualne wykorzystanie  reportażu  w środkach masowego przekazu
celem zwrócenia uwagi  opinii  publicznej  na łatwość z jaką
potencjalne matki mogą stracić swoje dzieci w przypadku gdy ojcem jest
obcokrajowiec.

"Link" do reportażu:



Z wyrazami szacunku:
Zrozpaczona matka XXXXXXXXXXX

poniedziałek, 30 lipca 2012

Prasa

http://www.przeglad-tygodnik.pl/pl/artykul/mamo-ratuj

treść:


Mamo, ratuj!


Zgodnie z konwencją haską setki dzieci zostały odebrane matkom i wywiezione do ojców za granicę, nawet do Australii. Polska nie chroni dostatecznie praw swoich obywateli




W zeszłym roku polskie sądy na mocy konwencji haskiej rozpatrzyły w trybie pilnym prawie 90 wniosków dotyczących cywilnych aspektów uprowadzenia dziecka. Większość zakończyła się nakazem bezzwłocznego wydania dziecka za granicę. Taki wyrok to dla wielu polskich matek i ich dzieci dalszy ciąg dramatu, który miał początek właśnie za granicą.


Nie poślubiać obcokrajowca

Przepisy konwencji haskiej miały chronić dziecko. Sprawić, by nie było ono kartą przetargową w grze między skonfliktowanymi małżonkami, zwłaszcza różnych narodowości. By żadne z nich, kierując się własnym interesem, nie decydowało o miejscu pobytu dziecka. O wyrwaniu go z domu, kulturowym wykorzenieniu. Ale jak to często bywa - przepisy nie nadążają za życiem. Interes dziecka wysyłanego za granicę nie jest taki oczywisty (zwłaszcza kiedy decyzja sądu zapada bez dodatkowych badań, np. psychologicznych). Polskie matki skarżą się na pochopność naszych sądów, bezradność urzędników i arogancję władzy.
W listach do Rzecznika Praw Obywatelskich i Rzecznika Praw Dziecka piszą, że czują się zdradzone przez swój kraj, skazane na banicję albo na wieloletnie ukrywanie się. Prawnicy na to: dura lex sed lex (twarde prawo, ale prawo), dodając: polski sąd ma związane ręce. Jeden ze znanych polityków wyraził się jasno: wiadomo, że krew nie woda, ale trzeba myśleć głową, a nie poślubiać obcokrajowca.
Nic dziwnego, że kobiety uwikłane w problemy wynikające z konwencji haskiej opowiadają swoje historie z trudem, nie radzą sobie z drżeniem głosu, oddechem, nerwowością rąk, łzami. Ani z chaosem myśli, poczuciem osamotnienia, poniżenia i napiętnowania.

Renata: porwanie w asyście urzędników

Renata Sikora żyje od poniedziałku do piątku - bo wtedy można załatwić coś w urzędach. Można powalczyć jeszcze o dzieci. W weekend zamyka się w domu. Dzwoni do dzieci. Potem płacze. Wpada w letarg.
Jej historia to mroczny thriller. Zaczyna się banalnie: Renata po maturze wyjeżdża do Włoch, marząc o lepszym życiu. Pracuje w sklepie, uczy się języka, zyskuje nowych przyjaciół. Po kilku latach poznaje przystojnego, czarującego Włocha. Wychodzi za niego za mąż. Rodzi dwoje dzieci. Jeszcze nie wie, co to znaczy, że on jest Sycylijczykiem. I jakie mogą być konsekwencje tego, że jej mąż nie radzi sobie z tym, że powinien być, jak każe tradycja - macho, chociaż tak naprawdę jest słaby. Może właśnie przez tę ambiwalencję niszczy ją psychicznie. Jest coraz brutalniejszy. Skąpi jej pieniędzy. Z zazdrości więzi w domu. Atakuje, grozi i przeprasza.
Nawet dziś Renata nie potrafi opowiadać o tym spokojnie.
- Bałam się sama oddychać. Przepraszałam, że żyję. Rozpadałam się od środka. Ciągle byłam spięta. Ciągle zdezorientowana. Nie wiedziałam, czego mogę się po nim spodziewać. Czy będzie spokojny, czy zmieni się w potwora. I kiedy ja czułam się winna, że zupa była za słona, on się odgrażał, że jeszcze mnie urządzi. Naprawdę, trudno o tym mówić.
Czuła się zbrukana, zaszczuta...
Dziś, po rozmowie z psychologiem już wie, że tego typu człowiek nie zna uczuć, dlatego może tak skutecznie innymi manipulować. Więc ona też była zmanipulowana. I pewnie długo żyłaby w tym stanie, gdyby nie... Może to był właśnie ten moment? Mąż miał złą fazę. 3 tys. euro wydał na koszule. Przeraziła się, nie byli zbyt zamożni. Wybrała resztę pieniędzy z konta i ukryła. On się wściekł. I szybko uspokoił. Zaprosił ją na wycieczkę za miasto. Kiedy byli już w lesie, zagroził, że ją zabije. Wyskoczyła z samochodu. Trzy kilometry biegła piechotą do miasta. Zrozumiała, że musi wyrwać się z tej matni.
Szuka więc ratunku w Polsce, u najbliższej rodziny. Wyjeżdża z Włoch z dziećmi. Za jego zgodą. Idzie do ośrodka pomocy ofiarom przemocy. Nie prosi o pomoc dla siebie. Chce wiedzieć, jak uchronić dzieci. Bo jego nieobliczalność jest dla nich jak trucizna. Wyzwala straszny lęk.
Czuje się silniejsza. Tu znalazła to, czego nie miała tam - oparcie w rodzinie. Jednak im bardziej czuje się silna, tym bardziej zdaje sobie sprawę, że jej małżeństwo nie ma szans. Nie chce wracać. Występuje o rozwód. W odpowiedzi on oskarża ją na mocy konwencji haskiej o przetrzymywanie dzieci.
Zaczyna się walka. Na jej uczucia i skrupuły, ich emocje.
Jego silnym argumentem był szantaż. W ciągu roku przysyłał jej SMS-y. Zmieściła je na 100 kartkach A-4. W SMS-ach pogróżki: "Jeśli do mnie nie wrócisz, zabiję ciebie, dzieci, a potem siebie".
Myślała, że to będzie dowód dla polskiego sądu. Że on jest niezrównoważony, że nie wolno mu oddawać pod opiekę dzieci. Sąd tego dowodu nie uznał. Nie uznał też nagranych rozmów telefonicznych z pogróżkami. Uwierzył za to mężowi Renaty - jego łzom, urokowi osobistemu, zapewnieniom, że chce tylko jednego - być ze swoją rodziną. Nakazał zgodnie z konwencją haską wydać dzieci mężowi. Nie odebrał jej praw rodzicielskich, nie ustanowił jej męża opiekunem, zdecydował tylko, że dzieci mają wrócić do miejsca swojego stałego zamieszkania.
Dwa dni później, w majestacie prawa, miało miejsce porwanie. Ośmioletnia Marta była właśnie w szkole. Mieli ostatnią lekcję. Wywołała ją z klasy pani dyrektor. Nauczycielka już wiedziała, co się święci. Znała tę bolesną historię. Wystukała w telefonie komórkowym numer Renaty. - Proszę nie utrudniać - usłyszała, zanim ktoś (ojciec?) wytrącił jej aparat z rąk. Pani dyrektor też zabroniono zadzwonić. Poleciła więc sekretarce, by powiadomiła matkę. Egzekutorami wyroku sądu byli: kurator sądowy, tłumaczka i ojciec. Ojciec coś powiedział. Tłumaczka przetłumaczyła: "Nie jestem potworem".
Marta zeszła do szatni. Włożyła kurtkę. Nie zmieniła butów. "Pomóc ci?", zapytał po włosku ojciec. Nie odpowiedziała. Stała jak wryta. Usłyszała tylko, że nauczycielka bardzo płacze.
Marta jeszcze nie wiedziała, że już nie będzie mogła pożegnać swoich dziadków, u których ostatnio mieszkała z mamą. Że z mamą zobaczy się tylko w drzwiach. Nawet nie zdążą się przytulić. Że nie zabierze swoich rzeczy, tylko pojadą samochodem prosto na lotnisko i na dodatek gdzieś w drodze zginie jej plecak z książkami i konikiem pony.
Po czteroletniego Federika przyszli do przedszkola. Nawet się ucieszył na widok ojca. Nie rozumiał, dlaczego wychowawczyni płacze. Dlaczego mama, która wpadła do szatni z wypiekami na twarzy, ma łzy w oczach. Dlaczego mu powtarza: "Mój mały Pipcio, jeszcze będziesz ze mną!". Nie przejął się tym, przecież szedł na spotkanie z tatą. A jutro znowu wróci do przedszkola. W ulubionej szafce zostawił, jak zwykle, dres i buty na zmianę.
Renata z tamtego dnia niewiele pamięta. To, że chciała krzyczeć do zdarcia gardła, ale nie krzyczała. I że wszystko w środku ją bolało. Serce chciało się wyrwać. Ciężar zgniótł piersi. Jej matka płakała. Ona patrzyła na drzwi. Na łóżeczka. Na ubranka i zabawki. Koszulka Federika pachniała jak jego włosy. Na stoliku leżały kasztany zebrane przez dzieci podczas ostatniego spaceru.
Od tamtej pory ciągle nosi przy sobie dwa kasztany. Jeden od Federika, drugi od Marty.
Dwa dni później zadzwoniła do Włoch. Federiko nie chciał rozmawiać (ale słyszała w tle jego płacz). Marta powiedziała tylko: "Mamo, nie przyjeżdżaj! Ja się boję!".
Wreszcie pojechała, by być blisko dzieci. Szuka pracy. Mąż utrudnia jej spotkania z dziećmi. W weekendy wywozi je na Sycylię, do matki. Renata podeszła pod szkołę, by porozmawiać z córką. Karabinierzy ją odepchnęli. Dyrektorka nie chciała rozmawiać. "Polski sąd już wydał wyrok", powiedziała.
- Jak im wytłumaczyć - szlocha Renata, dzwoniąc do Polski - że polski sąd wydał wyrok w trybie konwencji haskiej, ale nie odebrał mi dzieci? Oni uważają inaczej.

Magda: sens życia

Magda Rozwadowska od czasu, kiedy zapadł wyrok nakazujący wydanie dziecka do Włoch, żyje w ciągłym napięciu. Próbowała się ukrywać z trzyletnią córeczką, ale za namową prawnika wróciła do domu rodziców.
Jest rozgoryczona i bezradna. W listach do urzędników pisze, że czuje się zdradzona przez swój kraj. Znikąd pomocy. Pierwszy prawnik podjął się prowadzić sprawę, ale nie przyszedł na proces. Drugi rozłożył ręce i... prywatnie powiedział, że przed polskim sądem nie ma szans. Prawo jest bezduszne. Nie bierze pod uwagę faktu, że kobieta ucieka z dzieckiem do swoich rodziców nie z powodu widzimisię, tylko np. dlatego, że była ofiarą przemocy. Co gorsza, przemoc psychiczną trudno udowodnić.
Na liście rozczarowań jest jeszcze prawnik poleconego posła. Zażartował, że trzeba było szukać chłopa w Polsce, nie we Włoszech.
A przecież tam go nie szukała. Skończyła socjologię na KUL. Był rok 2001. W Starachowicach, gdzie mieszkała, duże bezrobocie. Znalazła pracę w Kalabrii. W piekarni sprzedawała bułki. Myślała, że zarobi pieniądze, odłoży, wróci.
Poznała Salvatore. Czarujący, przystojny, wykapany Clooney. Czuła się samotna, a on nie odstępował jej na krok.
Ciąża. Jego oświadczyny. Jej wahanie. Zdążyła już go poznać. Prawdziwy macho. Zastanawiała się, czy wyjść za niego za mąż i mieć nadzieję, że po ślubie się zmieni, zmięknie, złagodnieje, czy wracać do rodzinnego miasta. Z brzuchem!
Wyszła za mąż. Po kilku miesiącach urodziła Noemi. On się zmienił - ale na gorsze. Miała z dzieckiem siedzieć w domu, prosić go o pieniądze. Więcej się kłócili, niż rozmawiali.
Dziś mówi o tamtym okresie z bólem: różnica kultur, jego trudny charakter, moje piekło. On skąpy do przesady, zarzucał jej rozrzutność. Wynajął 100-metrowe nieogrzewane mieszkanie. Ona, by je dogrzać, przemieszczała się po nim z butlą gazu i palnikiem. A w tym wilgotnym chłodzie maleńkie dziecko! Nie chciała już prosić go o pieniądze na jedzenie. Poszła do pracy. Dziecko trafiło do żłobka. I zaraz potem do szpitala - z astmą, chorą wątrobą i niedokrwistością. Wtedy się przestraszyła, że sama sobie tu nie poradzi. Pojechała do rodziców. Odwiózł ją na lotnisko. Powiedziała mu, żeby to wszystko przemyślał, bo tak nie da się żyć. On obrócił jej wyznanie w żart. Pewien, że ona wróci, bo - jak nieraz jej powtarzał - była tylko biedną przybłędą z Polski, która wygrała los na loterii. Była jego żoną! Czy - jak tłumaczy to Magda - jego własnością, prywatną służącą.
U rodziców odzyskała spokój, córeczka - zdrowie. Magda nie chciała już wracać. Wystąpiła do sądu o separację. Znalazła pracę jako wychowawczyni w świetlicy.
Salvatore przed swoim sądem oskarżył żonę o uprowadzenie i przetrzymywanie dziecka. Broniła się. Zaprosiła męża do Polski. Przekonywała, że może w każdej chwili mieć kontakt z córką.
Psycholog w ośrodku diagnostycznym stwierdził, że dziecko jest silnie związane z matką. Wydanie dziewczynki ojcu może wyrządzić jej krzywdę. Sąd pierwszej instancji przyznał dziecko Magdzie. Mąż wniósł apelację. Magda ją przegrała. Sąd okręgowy zarządził wydanie dziecka w bezzwłocznym trybie ojcu. Uzasadnił swój wyrok stwierdzeniem, że nie ma przeszkód, by Magda pojechała za dzieckiem do Włoch. Nie musi przecież mieszkać z mężem. A jeśli nie podąży za dzieckiem, to znaczy, że przedkłada własny interes nad interes dziecka.
Magda widzi to tak: - Uciekłam z piekła. Od męża, który mnie poniżał. Od beznadziejnej egzystencji. Mam mu wydać dziecko. Zajmą się nim jego krewni, bo on do tego się nie nadaje. Wczoraj dzwonił do mnie. Podobno właśnie wyszedł ze szpitala po płukaniu żołądka. Jak powiedział - usiłował popełnić samobójstwo, pijąc wybielacz do tkanin. Nagrałam tę rozmowę, ale taki dowód dla sądu nic nie znaczy. I co dalej? Noemi trafi do domu dziecka? Ja, żeby mieć kontakt z moją córeczką, mam też wyjechać do Włoch? Tam zawsze będę tylko Polką. I to taką, która ma problemy.
- Jeśli mi ją zabiorą - mówi
- moje życie straci sens.

Karolina: wyrok w 10 minut

Karolina Nadolska walczy. Założyła nawet blog, w którym pisze o ofiarach konwencji haskiej. Jedną z nich jest jej sześcioletni synek Bronek. Wysyła listy do organizacji pozarządowych, pisze mejle do mediów: "Po 10 minutach obradowania sędzia rejonowy na Żoliborzu w Warszawie wydał wyrok nakazujący odesłanie mojego syna Bronka do Meksyku, do ojca, z którym nigdy sam nie mieszkał, i do kraju, którego języka prawie nie zna. Sąd nie uznał moich wniosków dowodowych. Nie przeprowadził też psychologicznego badania dziecka w RODK-u (Rodzinnym Ośrodku Diagnostycznym)".
Żeby zrozumieć, co się stało, musimy cofnąć się w czasie.
Pod koniec lat 90. Karolina wyjeżdża z Łodzi do Stanów. Na uniwersytecie w Waszyngtonie studiuje ekonomię międzynarodową i afrykanistykę. Na czwartym roku poznaje studenta Meksykanina. Jest zauroczona odmiennością kultur, innym spojrzeniem na świat. Wychodzi za niego za mąż. Kupują mieszkanie w Nowym Jorku. Ona pracuje na etacie menedżerskim w dużej firmie informatycznej, on w banku. Rodzi się Bronek. Jest rok 2004. Zaczyna się kryzys ekonomiczny. Alvaro, mąż Karoliny, nie dostaje pozwolenia na pracę. W małżeństwie też nie układa się najlepiej. Różnice, które fascynowały, teraz są przeszkodą. Chorobliwa zazdrość męża, zmienne nastroje... Poszli do terapeuty rodzinnego. Psycholog nie dawał ich małżeństwu szans. Postanowili jednak mimo wszystko spróbować.
Sprzedają mieszkanie w Nowym Jorku. Jadą do stolicy Meksyku. Przyjaciółki Karoliny pożyczają jej pieniądze. Alvaro kupuje restaurację. On jest u siebie. Ona niestety nie. Nigdy nie będzie taka jak jego matka: zgarbiona, wiecznie narzekająca, niezadowolona, uwięziona w domu, ale jednocześnie twarda, opoka rodziny. Meksykanin dużo krzyczy, źle traktuje żonę, ale ona i tak wie, że do niej należy władza. I godzi się z tym, że jej mąż od 20 lat ma drugą rodzinę - kochankę, dzieci... Karolina chce partnerstwa. Ale w Meksyku to niemożliwe.
Meksykański sąd daje rozwód bez orzekania o winie. Alvaro zobowiązuje się płacić alimenty i ubezpieczenie zdrowotne na Karolinę, która choruje na cukrzycę, i na Bronka, który cierpi z powodu astmy. Karolina mieszka sama z synkiem. Alvaro układa sobie nowe życie. Żeni się. Plajtuje. Nie płaci alimentów. A kiedy w Meksyku wybucha epidemia świńskiej grypy - wychodzi na jaw, że nie płaci też ubezpieczenia.
W mieście wybucha panika. Zamykają restauracje. Zamykają też apteki z obawy przed rozbojami. Ulice toną w śmieciach. Zaczyna się przemoc. Dla 10 tys. dol. porywają białe dzieci. Karolina w akcie desperacji kupuje bilet do Polski. Na lotnisko odwozi ją Alvaro. W Polsce Bronek idzie do przedszkola i świetnie sobie w nim radzi. Karolina znajduje dobrą pracę jako tłumacz. Nie spodziewa się, że pół roku później mąż oskarży ją o uprowadzenie dziecka. Karolina nie rozumie dlaczego. Ma nową żonę. Pewnie będzie miał gromadkę dzieci. Poza tym wcale nie interesuje się swoim synem, nie płaci alimentów, nie wiadomo, gdzie mieszka, a jego sytuacja materialna jest bardzo niepewna.
Czy sąd, wydając w ciągu 10 minut decyzję, faktycznie miał na myśli interes dziecka? Karolina ma wątpliwości.
Właśnie w sądzie okręgowym odbyła się apelacja. Sprawa trafi do powtórnego rozpatrzenia przez sąd rejonowy. Karolina nie składa broni. Jest nadzieja...

Ewa: zawsze w ukryciu

Hanka nie odbiera telefonu. Nie odpowiada na mejle. Dwa dni temu musiała na mocy wyroku wydać synka do Niemiec. Magda Rozwadowska rozmawiała z nią w chwili, kiedy kuratorzy sądowi zabrali czteroletniego Dominika. Hanka szlochała przez telefon. Powiedziała, że życie nie ma już dla niej sensu. Ma jechać za dzieckiem do Niemiec? Ma być Polką pod specjalnym nadzorem? Ciągle udowadniać bezdusznym urzędnikom, że zasługuje na to, by wychować swoje dziecko? Kto da jej lepszą pracę, by mogła lepiej zarabiać i dzięki temu zapewnić dziecku lepsze warunki? I tym samym lepiej wypaść w ocenie Jugendamtu? Nikt jej nie da! Jak nie zarobi wystarczająco, zabiorą jej dziecko. Stwierdzą, że zaniedbane. Umieszczą w domu dziecka, bo ojciec, alkoholik, jest niewydolny wychowawczo. Nie, Hanka tego nie wytrzyma... Więc Magda jest pełna złych przeczuć. Bo telefon milczy.
Z Basią też urwał się kontakt. Pół roku temu wróciła z Londynu do Polski z trzymiesięczną córeczką. Uciekła od męża Turka. On szybko upomniał się o swoje prawa, posłużył zapisem w konwencji haskiej. Policjanci ze Scotland Yardu na mocy prawa odebrali jej dziecko. Pojechała za nim do Wielkiej Brytanii. Mąż zmieniał miejsce pobytu. Wreszcie odnalazła córeczkę. Była wymizerowana i przeraźliwie smutna. Basia postanowiła zostać... i pilnować dziecka. "Wiesz, sąd polski, zgodnie z konwencją haską, skazał mnie na banicję", napisała w mejlu. Więcej się nie odezwała.
Ewa przyjechała do rodziców z dwójką dzieci. Nie chciała już wracać do Niemiec. Mąż wystąpił do sądu. Powołał się na konwencję haską. Wiedziała, co ją czeka. Postanowiła się ukrywać. Do czasu, aż dzieci skończą 16 lat. Wtedy, zgodnie z prawem, będą mogły zostać przy niej.
Przez kilka tygodni była u rodziców. Potem u babci. Wreszcie zniknęła. Trudno to sobie wyobrazić. Dzieci są małe. Będą potrzebowały pomocy lekarza. Będą musiały się uczyć. Ona będzie musiała gdzieś pracować. Zawsze w ukryciu. Zawsze w napięciu.
Podobno takich jak ona jest coraz więcej.









------------------------------

Konwencja haska

Dotyczy cywilnych aspektów uprowadzenia dziecka za granicę. Sporządzono ją w Hadze 25 października 1980 r. Powstała jako odpowiedź na zjawisko uprowadzania za granicę lub przetrzymywania dzieci przez osoby, które są zainteresowane sprawowaniem pieczy nad dzieckiem. Państwa będące sygnatariuszami tej konwencji dążą przede wszystkim do ograniczenia samowoli osób, które zainteresowane są zwiększeniem zakresu swych uprawnień wobec dziecka.
Konwencja haska ma zastosowanie w tych wypadkach bezprawnego uprowadzenia lub zatrzymania dziecka, które zaistniały po wejściu w życie jej przepisów w stosunkach wzajemnych pomiędzy państwem, w którym dziecko miało miejsce stałego pobytu, a państwem, do którego dziecko uprowadzono lub w którym je zatrzymano (art. 35, art. 12 i art. 4 ).
Aktualny wykaz państw, między którymi obowiązuje konwencja haska, można znaleźć na stronach internetowych Haskiej Konferencji Prawa Prywatnego Międzynarodowego (http://www.hcch.net).
Konwencja przestaje obowiązywać, kiedy dziecko skończy 16 lat.
ródło: Ministerstwo Sprawiedliwości


Coraz więcej spraw

Według danych z Ministerstwa Sprawiedliwości liczba wniosków prowadzonych w trybie konwencji haskiej, jak też liczba obejmujących je państw, stale rośnie. Od 2003 r. liczba wniosków wzrosła pięciokrotnie.
W roku 2003 przesłano do Polski 16 wniosków o wydanie dziecka na podstawie konwencji, rok później 23, w 2005 - 16, w 2006 r. - 30, w 2007 r. - 38, w 2008r. - 70, w 2009 r. - 87, do połowy lipca tego roku wpłynęło 20 wniosków.
W tym czasie Polska wystąpiła z 19 takimi wnioskami w 2003 r., 24 - w 2004 r., 46 - w 2005 r., 45 - w 2006 r., 61 - w 2007 r., 68 - w 2008 r.,
71 - w 2009 r., 27 - do połowy lipca br.
Poniżej szczegółowy wykaz wniosków z 2009 r.

Liczba wniosków Liczba wniosków
przysłanych wysłanych
do Polski z Polski

87 71
Austria 1 -
Australia 1 -
Belgia 1 -
Białoruś 1 1
Dania 1 1
Dominikana - 1
Francja 1 2
Grecja 1 -
Hiszpania 2 2
Holandia 2 5
Irlandia 8 3
Kanada 3 -
Litwa 2 -
Meksyk 1 -
Niemcy 14 18
Norwegia 1 1
Portugalia 2 -
Słowacja 1 -
Stany Zjednoczone 3 2
Szwajcaria 1 1
Szwecja 1 1
Ukraina - 2
Wielka Brytania 21 27
Włochy 18 4

ródło: Ministerstwo Sprawiedliwości





Cierpią też dzieci


Beata Górlicka, psycholog kliniczny, terapeuta

- Udziela pani psychologicznego wsparcia bohaterce mojego reportażu, Renacie. Jednak nie o nią chciałam spytać, ale o dzieci. Co się z nimi dzieje w takiej sytuacji, kiedy matka "porywa" je - tak to widzi prawo, ucieka z nimi do najbliższych, bo sama jest ofiarą przemocy.
- To bardzo skomplikowana sprawa. Zależy od wieku dziecka i od okoliczności. Najczęściej dziecko do piątego roku życia odczuwa silny lęk przed separacją. Utrata kontaktu z jednym z rodziców staje się podłożem silnych zaburzeń emocjonalnych, lęków różnego rodzaju, które rzutują na całe życie. Odczuwa też silną ambiwalencję, nasilony konflikt lojalności wobec ojca. I na dodatek jest często przez tego ojca zmanipulowane, daje się kupić. Chce wierzyć, że tata nie będzie już zły. Że zawsze będzie miły, dobry, będzie kupował prezenty.
Z drugiej strony, matka, uciekając przed przemocą, wybiera mniejsze zło. Dziecko, które jest świadkiem przemocy ojca wobec matki, psychologicznie rzecz ujmując, zachowuje się tak jak ofiara. Jeśli jeszcze mamy do czynienia z typową dominacją sprawcy, ojca, często dzieje się tak, że dziecko, żeby obniżyć poziom lęku, identyfikuje się z agresorem. I w przyszłości samo może stać się sprawcą przemocy.

- Kobiety, o których piszę, są ofiarami przemocy psychicznej. Tę najtrudniej udowodnić przed sądem. A potem zapada wyrok wydania dziecka za granicę. Co wiąże się też z oderwaniem go od matki.
- Dla małego dziecka kontakt z matką jest wzorcem relacji społecznych. Jeśli się go na siłę rozrywa, może to rzutować na jego przyszłe kontakty z innymi ludźmi. Pojawia się lęk, chwiejność emocjonalna, utrata poczucia bezpieczeństwa, niepewność, tęsknota. Uczucia te mogą dawać początek zaburzeniom psychosomatycznym.
Jeśli chodzi o starsze dzieci - w ich życiu coraz większą rolę odgrywa ojciec. Jego brak też wywołuje poważne zaburzenia emocjonalne.

- Zanim sąd wyda wyrok, dzieci i ich relacje z rodzicami są badane w sądowych rodzinnych ośrodkach diagnostycznych. Ale takie badanie trwa za krótko.
- Powiedziałabym, że za długo. Kilkugodzinne badanie może zrazić dziecko do psychologa na zawsze. Ale ma też pani rację, że za krótko - bo jednorazowe - nie daje obrazu faktycznych relacji. Dziecko przyzwyczajone do codziennej obecności matki, lgnie do ojca, za którym się stęskniło. Czasami więcej w takich sytuacjach dają obserwacje "korytarzowe". Jak ludzie radzą sobie z frustracją. I jak, sfrustrowani, odnoszą się do dzieci. Niemniej jednak w takich sprawach dzieci powinny być badane przynajmniej trzykrotnie. Ale na to chyba nie ma środków.

- A kiedy matki nie chcąc wydać dziecka partnerowi, od którego uciekły, ukrywają się?
- Żyją w ciągłym stresie, lęku, stanie wzmożonej czujności. Są drażliwe, bardziej nerwowe. Nie można dziecku dać dostatecznego poczucia bezpieczeństwa, skoro samemu się go nie ma.







Sąd ma związane ręce, Sejm może to zmienić


Do ustawy o międzynarodowym prawie prywatnym, albo i do konstytucji, powinniśmy wprowadzić zapis, że obywatel polski podlega szczególnej ochronie prawa polskiego


Dr Leszek Łabędzki, radca prawny, wykładowca na Wydziale Prawa UW, w Instytucie Prawa Międzynarodowego


Rozmawia Maria Mamczur

- Panie mecenasie, bohaterki reportażu mówią, że czują się opuszczone przez swój kraj, zdradzone, skazane na banicję. Wyrokiem sądu, na mocy konwencji haskiej mają wydać swoje "uprowadzone" dziecko za granicę. Do miejsca, gdzie się urodziło ze związku z obcokrajowcem. Tymczasem one wróciły do ojczyzny, bo były ofiarami przemocy. I tu szukały wsparcia. Poseł Jarosław Sellin w interpelacji do ministra sprawiedliwości mówi wprost o tym, że sądy są niekompetentne - jeśli chodzi o zapisy w konwencji haskiej, wydają pochopnie wyroki, najczęściej niekorzystne dla Polek, nakazując bezzwłoczne wydanie dziecka, byle mieć problem z głowy.
- Wyroki zapadają szybko, bo tego wymagają zapisy w konwencji haskiej dotyczące uprowadzenia dziecka. Mówi się o terminie sześciu tygodni od chwili wpłynięcia wniosku. Natomiast wydanie dziecka nie jest równoznaczne z orzeczeniem sądu o przyznaniu opieki nad dzieckiem jednemu z rodziców. To jest zupełnie inna sprawa, którą rozstrzyga sąd w miejscu stałego pobytu dziecka. Jeśli zaś chodzi o niekompetencję sądów... Powiem tak: sąd ma związane ręce.

- Nie rozumiem.
- W polskim systemie prawnym obowiązują kodeks cywilny, kodeks rodzinny, kodeks postępowania cywilnego i ustawa o prawie międzynarodowym prywatnym. Wszystkie pochodzą z pierwszej połowy lat 60. XX w. Uregulowania dotyczące międzynarodowego prawa prywatnego znajdują się nie tylko w prawie wewnętrznym poszczególnych państw (w Polsce w ustawie o prawie międzynarodowym prywatnym), ale również w zobowiązaniach międzynarodowych poszczególnych państw, czyli w umowach międzynarodowych, których stroną jest dane państwo, np. w konwencji haskiej dotyczącej wydawania dzieci uprowadzonych za granicę do miejsca stałego pobytu. Powszechnie przyjmuje się, i tak jest zapisane w nowej polskiej konstytucji, że konwencje międzynarodowe mają pierwszeństwo przed prawem krajowym.
To znaczy, że jeśli istnieje sprzeczność między przepisem polskiej ustawy a konwencją międzynarodową, której stroną jest Polska, wtedy stosuje się bezpośrednio przepis konwencji międzynarodowej. W tym przypadku haskiej.

- Rozumiem więc, że w takim przypadku nasze prawo nas nie chroni. A być może nawet utrudnia nam życie, skoro przepisy prawne zostały stworzone ponad 40 lat temu, kiedy Polska była krajem zamkniętym, ludzie nie mieli paszportów w domu! Dziś są masowe migracje. Coraz więcej mieszanych małżeństw. Małżeństwa się rozpadają. Są dzieci. Jak unikać takich dramatycznych sytuacji, w jakich znalazły się bohaterki reportażu?
- Po pierwsze, zawsze zadbać o to, by dzieci z małżeństw mieszanych urodzone za granicą miały także obywatelstwo polskie. Ale przede wszystkim zmienić prawo. USA i wiele krajów Europy chronią interesy własnych obywateli. W dużym uproszczeniu można stwierdzić, że przed tamtejszymi sądami ich własny obywatel jest w pozycji uprzywilejowanej. Powinniśmy więc wprowadzić do ustawy o międzynarodowym prawie prywatnym albo do konstytucji, co jest zabiegiem trudniejszym, bo wymaga zgody kwalifikowanej większości posłów - zapis, że obywatel polski podlega szczególnej ochronie prawa polskiego.

- Przełóżmy to na realia.
- Tworząc nowe ustawy i przepisy wykonawcze do tych ustaw, prawodawca, czyli państwo polskie, musiałby uwzględniać nakaz o szczególnej ochronie obywateli polskich. Innymi słowy, nowe przepisy polskiego prawa nakazywałyby polskim organom państwowym, polskim organom administracyjnym i polskim sądom szczególną dbałość o obywatela polskiego, również w takich konfliktowych sytuacjach jak np. ekstradycja, uprowadzenie dziecka czy powierzenie opieki nad małoletnim dzieckiem. Gdyby istniał taki zapis, sąd musiałby, nie naruszając międzynarodowych zobowiązań, ze szczególną starannością zbadać sprawę, zebrać więcej dowodów - czy nie dzieje się polskiemu obywatelowi krzywda. Nie mógłby już poprzestać np. - jak w przypadku sprawy pani Magdy - na stwierdzeniu, że małe dziecko, które też jest obywatelem polskim, ma dobre relacje z ojcem, na podstawie przedstawionych kilku zdjęć i zeznań najbliższej rodziny męża, Włocha. Takie dowody byłyby wówczas niewystarczające.

- Teraz niewystarczające są dowody zebrane przez Polki dla polskich sądów. Nagranie wideo, na którym widać wyraźnie, że mąż obcokrajowiec bije i poniża swoją żonę Polkę. Nagrania rozmów telefonicznych, dokumentacja SMS-ów, w których są pogróżki, w świetle polskiego prawa karalne.
- Może nawet należałoby oprócz zapisu o szczególnej ochronie prawnej polskiego obywatela wprowadzić jeszcze zapis o szczególnej ochronie osób słabszych, czyli dzieci i kobiet, które w obcym kraju są zależne finansowo od męża. I na dodatek spotykając się często z nieprzychylnością rodziny męża, jako obce, "przybłędy", nie mogą liczyć na jakiekolwiek wsparcie.

- Dziwi fakt, że do tej pory nie wprowadzono takiego zapisu, chociaż obowiązuje on w innych krajach.
- Być może panowie posłowie, rząd, prezydent uważali tę sprawę za marginalną.

- Co trzeba zrobić, by to zmienić?
- Można zrobić wielką społeczną akcję, ważna w tym rola mediów, zebrać setki tysięcy podpisów pod petycją w tej sprawie. Szukać wsparcia u Rzecznika Praw Obywatelskich, Rzecznika Praw Dziecka, prezydenta. Tak, to jest sprawa dla pana prezydenta.

- A bohaterki reportażu? Jest dla nich jakaś nadzieja?
- Bardzo im współczuję. Wszystko odbyło się zgodnie z literą obowiązującego teraz prawa. Mówi się: Dura lex sed lex. Twarde prawo, ale prawo. Kiedy jednak przeczytałem sentencję wyroku w sprawie pani Magdy, byłem bardzo poruszony. Bo to już jest nieludzkie - nakazać tej kobiecie wydanie niespełna trzyletniego dziecka do Włoch i stwierdzić, że dla dobra dziecka jego matka powinna pojechać za nim i naprawić małżeństwo. Być z mężem, od którego uciekła, bo prawdopodobnie była maltretowana. I to w sytuacji, kiedy mąż wniósł w sądzie włoskim pozew o separację, pani Magda wniosła w sądzie polskim pozew o rozwód, nastąpił więc trwały rozpad pożycia.

- Jeden z prawników nieoficjalnie powiedział, że dla nich jest jeszcze wyjście - trybunał w Strasburgu i ukrywanie się.
- Powiem tak: żaden prawnik nie powie, że nie można się ukrywać. Każdy ma prawo do ochrony własnej prywatności.

Informacje

Celem tego bloga jest  pomoc , wsparcie i pozyskanie jak największej grupy matek Polek , będących ofiarami Ustawy Konwencji Haskiej , na podstawie której w brutalny sposób tracimy nasze polskie dzieci a Sądy Polskie wydają obywateli polskich innemu Państwu. Często  same jesteśmy skazywane na przymusową banicję. Pragnę zebrać jak największą grupę matek, które zechcialyby opisać swoje historie związane z pseudo uprowadzeniem dziecka, co jest tak naprawdę powrotem do własnego kraju -  do Polski a czego nam i naszym dzieciom się zabrania , skazując nas jednocześnie na tułaczkę. Zebranie histori pokrytych dowodami oraz badaniami da nam możliwość wystosowania petycji do Instytucji Rządowych. Zachęcam zatem do umieszczania na ten temat wszelkich opini psychologów, biegłych , adwokatów i kuratorów Oświaty Sądowej o wypowiedzenie się w tym kontrowersyjnym temacie .Szczególnie ważny jest tutaj głos matek pokrzywdzonych .... Cdn...